Od początku

Kocham świat, chociaż nie zawsze tak było.

Pamiętam szary czas w swoim życiu. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Bardzo często, ale nieregularnie towarzyszył mi ból, silny ból mięśni i stawów połączony z okropnym zmęczeniem. Jeśli wiesz, co znaczy mieć taką prawdziwą grypę, to wiesz, co mam na myśli. To taki stan, kiedy otwierasz oczy o poranku i myślisz: znowu czuję się jak przejechana przez czołg. Ból ciała, który uniemożliwia wstanie z łóżka. Jeśli to się uda, to sukcesem staje się każda najmniejsza aktywność – byle zrobić cokolwiek, byle jakoś wytrzymać dzień, może przejdzie… ale nie przechodzi.

Nie umiałam znaleźć żadnego wzoru. Czy inni też tak mają? Jak ludzie dają radę żyć, robić tyle rzeczy? Skąd oni mają tyle siły? Kolejne wizyty
u kolejnych lekarzy coraz to bardziej wyszukanych specjalizacji, kolejne setki, tysiące złotych wydane na terapie, badania, lekarstwa i dalej nic. Morfologia, CRP, TSH… wszystkie wyniki w normie. Z jednej strony radość, że wszystko jest OK, z drugiej nurtujące pytanie – co mi w takim razie dolega? Co mi się dzieje? Może borelioza, może zapalenie stawów, może jakieś niewyleczone bakterie… Sugestie lekarzy wskazujących na zaburzenia depresyjne lub nerwicowe. Niby, momentami troszkę lepiej, ale nie są to duże zmiany. Coraz większe uczucie zrezygnowania. Ogromna praca nad pokorą i akceptacją – przecież nikt nie obiecywał, że w życiu będzie łatwo. I znów poranek, i znów ból wyciskający łzy. Pamiętam kilka lat takiego funkcjonowania 🙁

Aż w końcu, na początku 2016 roku trafiłam na informację, że samopoczucie może zależeć od jedzenia. Hmm… trudno się z tym nie zgodzić. Byłam zdesperowana i gotowa podjąć każde działanie, byle tylko zelżał ból i zmniejszyło się zmęczenie.

Spróbowałam jedzenia od początku tzn. podeszłam do żywienia tak, jak podchodzi się do tego u maleńkiego dziecka. Wyeliminowałam wszystko, słowem WSZYSTKO. Zrobiłam dwudniowy post i od następnego dnia zaczęłam wprowadzać pojedyncze gotowane warzywa rozszerzając dietę
o jeden produkt co 2 dni, obserwowałam swoje objawy. Od razu po pierwszych kilku dniach zauważyłam poprawę. Co prawda, najzwyczajniej w świecie byłam głodna, ale nie czułam bólu. Nie czułam bólu! W końcu! To mi dodawało energii, by kontynuować moje wyzwanie. Najgorsze były zachcianki – na kawę, na ciasteczko, na kurczaka po tajsku. Zacisnęłam zęby, bo widziałam cel – uchwycę w końcu, co mi się dzieje i przestanę cierpieć. Przypominałam sobie ból i od razu łatwiej mi było pokonać chęć na czekoladę.

Założyłam sobie szczegółowy dzienniczek objawów. Jadłam gotowane warzywa, wprowadzałam gotowane owoce, oczywiście wszystko bez przypraw, z obawy, że potencjalni wrogowie mogą się kryć w bazylii czy tymianku.

Po co o tym piszę? Jaki to ma związek z Ajurwedą? Ano ma i to gigantyczny. Ajurweda od tysięcy lat proponuje doroczny post. Możemy go nazwać jak chcemy – protokół autoimmunologiczny, ścisłą dietę, detox, łorewa. Chodzi o zabieg, stosowany od zarania dziejów, a od którego wraz z naszym konsumpcjonizmem odeszliśmy. Szczegóły ajurwedyjskiego oczyszczania opisuję w innym wpisie. Dodatkowo powstał też wpis o fenomenalnych rezultatach takiego działania.

No dobrze, ale wróćmy do mojej pierwszej przygody z oczyszczaniem. Po trzech tygodniach odkryłam pierwszego sprawcę. Co ciekawe, ból nie pojawił się od razu, tylko następnego dnia Pojawiło się to samo znane okropne uczucie, totalnego zmęczenia rano, bólu mięśni i stawów, uniemożliwiającego wstanie z łóżka. Ból trwał kilkanaście godzin.

Sprawcą okazał się pomidor. I nie był to zimowy owoc pomidoropodobny, a domowy przecier pomidorowy, robiony z najlepszych letnich owoców. Od razu przyszło mi do głowy: Jak Pan może, Panie pomidorze! Ogromnie mnie to zadziwiło. Nigdy nie słyszałam o czymś takim jak ból mięśni czy stawów po pomidorach. Dla pewności odczekałam kilka dni i powtórzyłam eksperyment. I ból znowu się pojawił, i znów nie od razu, tylko następnego poranka.

Kolejne tygodnie przyniosły dalsze rozwikłanie zagadki – pojawiła się papryka. Papryka cała, ale też papryka jako przyprawa – słodka, ostra, chili, pieprz kajeński – papryka w każdej ilości, w każdej formie i w każdym kolorze.

Porozmawiałam z kilkoma lekarzami, też było to dla nich coś zupełnie nowego. Faktycznie, w polskiej literaturze temat jakby w ogóle nie istniał, ale w artykułach  anglojęzycznych znajdywałam coraz więcej informacji. Dowiedziałam się o takiej grupie roślin jak psianki, do której należy ok. 2000 roślin, a najpopularniejsze z nich to właśnie: pomidory, papryka, a ponadto bakłażany, gałka muszkatołowa, borówka amerykańska,  jagody goji, tytoń, ashwaganda i… ziemniaki.

Zaryzykowałam jeszcze borówkę amerykańską – to samo. Z bakłażanem i jagodami goji już zatem nie eksperymentowałam, nie miałam odwagi i siły jeszcze raz przez ten ból przechodzić.

Po kilku miesiącach, kiedy przyszedł czas na wprowadzanie nabiału, okazało się, że produkty mleczne też są na mojej liście i to niestety jest nabiał w każdej postaci i w każdej ilości. Zatem ból pojawiał się zarówno po mleku, jak i po śmietanie, maśle, jogurcie, ciastkach, lodach, czekoladzie mlecznej, a nawet po herbatniku. Oznaczało to, że rezygnuję z niemal wszystkich pakowanych produktów. Nie wiedziałam wcześniej, że w tak ogromnej ilości pakowanego jedzenia są produkty mleczne.

Czyli mam nie jeść kanapeczki z pomidorem? Ani pomidorowej? Ani kurczaka po tajsku? Ani kawy z mlekiem? Ani czekolady? Ani ciastek? Oj. Przez chwilę było mi smutno, ale tylko przez chwilę, bo w końcu wróciłam do życia bez bólu.

Zniknięcie bólu było pierwszym zauważalnym objawem. Po kilku tygodniach przestałam być taka zmęczona, stawałam się dużo spokojniejsza. Po kilku miesiącach wróciła do mnie wielka radość życia, zaczęła wracać energia, skończyły się jakiekolwiek problemy z koncentracją.

Okazało się to być doświadczeniem zmieniającym życie.

Jeśli interesuje Was taka zmiana jakości zapraszam napiszcie, chętnie pomogę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *